środa, 3 sierpnia 2011

Agent Wallander

Początek lat dziewięćdziesiątych pamiętam jako mieszankę wojowniczych żółwi Ninja, różnego rodzaju gum balonowych - utkwiły mi w pamięci rakotwórcze gumy Turbo, do których dokładano złożone karteczki z najnowszymi modelami samochodów. Do tego wszystkiego walkmany na komunię. Zachód wlewał się jak przez wyrwę w tamie

Tymczasem, na dalekiej północy, do zwyczajowych problemów policji (upadek moralności, zdziczenie obyczajów itp.) doszedł kłopot z rosnącą liczbą emigrantów, szczególnie zaś - emigrujących przestępców. Różne nastawienie wobec tego problemu w szeregach policji Mankell przedstawił już w pierwszej części Wallanderowskiego cyklu - "Mordercy bez twarzy".
W drugiej powieści cyklu autor - chcąc zapewne pokazać kontrast między sielską Szwecją a republikami pokomunistycznymi - wysyła Wallandera do Rygi. Łotwa prezentuje się w powieści Mankella tak przyjaźnie, że mnie skojarzyła się z trochę bardziej cywilizowaną Koreą Północną. Komisarz musi wyjechać za granicę w związku z prowadzonym - pospołu z łotewskim majorem Leipą - śledztwem dotyczącym tajemniczych zwłok w pontonie, które przydryfowały w równie tajemniczym pontonie. Choć śledztwo szybko zostaje przekazane łotewskiej policji, Wallander musi podróżować: w dziwnych okolicznościach ginie Leipa.
Dziwna to książka - ma w sobie więcej z, powiedzmy to głośno, dość kiepskiej powieści szpiegowskiej, niż kryminału. Internetowe skowronki śpiewają, że to najsłabsza część cyklu z Wallanderem. Faktycznie, jest to powieść znacznie słabsza od "Mordercy bez twarzy", trochę zaskakuje też postawa Wallandera, który wcześniej wydawał się dość apatyczny - tu wpada na pomysły godne Jamesa Bonda. Tak więc jest - dziwacznie.

Henning Mankell: Psy z Rygi, tłum. Grażyna Ludvigsson; Warszawa 2006