czwartek, 2 maja 2013

Nowy blog

Moi drodzy czytelnicy,
zmieniam adres bloga.
http://bratbud.wordpress.com
Bloggera zamykam pod koniec maja.

środa, 3 sierpnia 2011

Agent Wallander

Początek lat dziewięćdziesiątych pamiętam jako mieszankę wojowniczych żółwi Ninja, różnego rodzaju gum balonowych - utkwiły mi w pamięci rakotwórcze gumy Turbo, do których dokładano złożone karteczki z najnowszymi modelami samochodów. Do tego wszystkiego walkmany na komunię. Zachód wlewał się jak przez wyrwę w tamie

Tymczasem, na dalekiej północy, do zwyczajowych problemów policji (upadek moralności, zdziczenie obyczajów itp.) doszedł kłopot z rosnącą liczbą emigrantów, szczególnie zaś - emigrujących przestępców. Różne nastawienie wobec tego problemu w szeregach policji Mankell przedstawił już w pierwszej części Wallanderowskiego cyklu - "Mordercy bez twarzy".
W drugiej powieści cyklu autor - chcąc zapewne pokazać kontrast między sielską Szwecją a republikami pokomunistycznymi - wysyła Wallandera do Rygi. Łotwa prezentuje się w powieści Mankella tak przyjaźnie, że mnie skojarzyła się z trochę bardziej cywilizowaną Koreą Północną. Komisarz musi wyjechać za granicę w związku z prowadzonym - pospołu z łotewskim majorem Leipą - śledztwem dotyczącym tajemniczych zwłok w pontonie, które przydryfowały w równie tajemniczym pontonie. Choć śledztwo szybko zostaje przekazane łotewskiej policji, Wallander musi podróżować: w dziwnych okolicznościach ginie Leipa.
Dziwna to książka - ma w sobie więcej z, powiedzmy to głośno, dość kiepskiej powieści szpiegowskiej, niż kryminału. Internetowe skowronki śpiewają, że to najsłabsza część cyklu z Wallanderem. Faktycznie, jest to powieść znacznie słabsza od "Mordercy bez twarzy", trochę zaskakuje też postawa Wallandera, który wcześniej wydawał się dość apatyczny - tu wpada na pomysły godne Jamesa Bonda. Tak więc jest - dziwacznie.

Henning Mankell: Psy z Rygi, tłum. Grażyna Ludvigsson; Warszawa 2006

sobota, 1 stycznia 2011

China Mieville "Miasto i miasto"


Twórczość Mieville trafiła do mnie dzięki żonie. W ramach walki z nudą odwiedziła kiedyś Empik, gdzie chyba cudem (biorąc pod uwagę położenie) wpadła jej w ręce "Blizna". Oczywiście pokręciłem trochę nosem, ale przy najbliższej okazji wypożyczyłem "Dworzec Perdido" a potem wspomnianą "Bliznę", powieści rozgrywające się w świecie Bas-Lag. Kiedyś na blogu była nieco chaotyczna notka o tych powieściach, oczywiście pełna zachwytu. Podczas lektury czasem brakowało mi tchu. Mieville a potem VanderMeer (szaleństwo katalogowania każe wspomnieć, że obu autorów przypisuje się do nurtu New Weird, chociaż można znaleźć dziwaczne wręcz twierdzenie że to steampunk) sprawili, że znów zacząłem przeszukiwać półki w dziale science-fiction. Dla porządku dodam też, że wspomniane "Dworzec Perdido", "Blizna" i "Żelazna rada" - składające się na cykl Bas-Lag - prezentują świat pełen dziwnych, humanoidalnych stworów, gdzie nie ma niemożliwego (perełką jest spotkanie z Szatanem), a na porządek rzeczy mają swój wpływ wysysające świadomość ćmy i istniejące poza przestrzenią wielkie pająki.



Na fabułę "Miasta i miasta" Mieville ma jednak zupełnie inny pomysł. Z początku wygląda wręcz na to, że mamy do czynienia z kryminałem w wersji noir: pierwszoosobowa narracja detektywa Borlú, porzucone ciało kobiety wyglądającej na pierwszy rzut oka na femme fatale, którą spotkał zasłużony los. Akcja dzieje się w mieście Besźel, które leży na krańcu Europy. Mieville umieszcza je być może na Bałkanach, napomyka w tekście, że wzorem dla włodarzy jest Atatürk. Nie położenie jednak jest istotne - miasto, będące jednocześnie państwem, żyje w specyficznym związku z innym miastem: Ul Qomą.

Mówiąc krótko: fizycznie obszary tych miast nakładają się na siebie częściowo, ale ich "wycinki" należą do jednego, a inne do drugiego. Są różne teorie takiej organizacji: jedni mówią o podzieleniu jednego organizmu miejskiego na dwa, inni o połączeniu dwóch miast w hybrydę. Sytuację komplikuje fakt, że politycznie miasta są w sporze. Wypracowany pokój polega między innymi na tym, że mieszkańcy jednego miasta "przeoczają" drugie: jeżeli coś przynależy do Besźel, to mieszkaniec Ul Qomy nie rejestruje tego obecności. Oczywiście można dostać się z jednego miasta do drugiego: przez przejście graniczne. Wówczas jednak, mieszkaniec Besźel wizytujący Ul Qomę musi "przeoczać" swoje miasto rodzinne. Przejście nieautoryzowane; dostrzeżenie czegoś, co ma miejsce w sąsiednim mieście czy wpłynięcie na wydarzenia "za granicą" powoduje interwencję Przekroczeniówki: instytucji będącej jednocześnie i w jednym, i w drugim, i poza oboma miastami.

Borlú szybko dochodzi do wniosku, że również w sprawie morderstwa doszło do Przekroczenia, którym powinna zająć się tajemnicza instytucja. To, co jest dla niego oczywiste, szybko zostaje skorygowane. Jako oficer prowadzący śledztwo w Besźel musi udać się do Ul Qomy. Paradoksem jest to, że miasta żyjące tak blisko siebie, są jednak sobie tak obce: jakkolwiek języki są do siebie bardzo podobne, teza że mają wspólne pochodzenie graniczy w obu miastach z herezją.

Jest u Mieville, podobnie jak we wcześniejszych jego powieściach, coś poza fabułą - tu skonstruowaną bardzo dobrze, przykuwającą uwagę, a jednak - biorąc pod uwagę powieści ze świata Bas Lag - trochę uproszczoną. Między wierszami można znaleźć analizę podziałów społecznych. W tak podzielonym mieście widać pewne odbicie relacji między Serbami a Chorwatami: mimo wielu podobieństw, szczególnie ważne dla besźan i qoman są różnice. Dążących do zjednoczenia miast traktuje się jako szczególnie niebezpiecznych. A przecież Besźanie zazdroszczą mieszkańcom Qomy postępu.

Ostatecznie refleksje są gorzkie: chęć utrzymania podziału jest ważniejsza niż wszystko co łączy: na własnej skórze przekonuje się o tym główny bohater, ale i jego pomocnicy mają kłopoty w pracy przez zbliżenie się do granicy między miastami.
Warto sięgnąć po powieści Mieville'a właśnie z powodów jego analiz. Gorycz obserwacji wynika zapewne z tego, że na autor zdaje sobie sprawę, jak wygląda faktyczne rządzenie i robienie polityki, czytelnik nie spotka się więc z głupawo-idealistyczną wizją świata bez wojen, podatków i chorób. Wręcz przeciwnie: światy Mieville'a są w stanie rozkładu - więzi społecznych, ale także etyki i estetyki. Niepokojące jest to, ile znajomych z codzienności zachowań można w tych gnijących światach znaleźć. Gorzkie ostrzeżenie...



China Mieville: "Miasto i miasto" (The City & The City), tłum. M. Jakuszewski, Poznań 2010

niedziela, 5 września 2010

Współczesność- odżywczo a lekkostrawnie.


Ach tak, Zbigniew Brzeziński, ten doradca Cartera polskiego pochodzenia...
Jakiś czas temu w "Polityce" ukazał się artykuł na temat słabych stron amerykańskiej Polonii. Szczególnie ciekawym wnioskiem płynącym z artykułu było stwierdzenie faktu, że zorganizowana polska diaspora jest czymś na kształt skansenu. Polacy przyjechali- na przykład przed wojną- a ich dzieci i wnuki (te, które utknęły) kultywują przedwojenne tradycje. Nie asymilują się, nie amerykanizują, ale trwają. I pewnie dlatego, kiedy mówi się o Polonii w Amerykach od razu staje nazwisko Moskala, a Brzezińskiego- niekoniecznie. To przecież Amerykanin polskiego pochodzenia. Biografia Vaughana uzupełnia lukę bardzo skromnej- zwłaszcza wśród młodszego pokolenia- wiedzy o działalności Brzezińskiego.
Dodam na wstępie- żeby nie było nieporozumień: moja wiedza o Brzezińskim, do czasu przeczytania tej książki, była mocno ograniczona- tak mniej więcej w klimacie pierwszego zdania z wstępu (oczywiście żartuję, nieco większa). Książka Vaughana wypełnia pustkę między krótką encyklopedyczną notką a fachowymi, historyczno-politologicznymi opracowaniami. Lekkość pióra ułatwia czytanie. Vaughan pomieścił maksymalnie dużo faktów, a swoje wywody opatrzył bardzo solidną bibliografią- dla chcących pogłębić wiedzę z danego zakresu źródło nieocenione. Biorąc pod uwagę czas opisywany- ponad 80 lat- książka jest zwięzła. Autor przytacza tło historyczne, nie poświęca uwagi wydarzeniom, które miały miejsce, a nie miały większego wpływu na działalność Brzezińskiego. (Zaskoczyło mnie- jeśli wziąć pod uwagę zainteresowanie Brzezińskiego Bliskim Wschodem- pominięcie zamachu podczas olimpiady w Monachium- chociaż z drugiej strony Czarny Wrzesień nie był nigdy uczestnikiem rozmów.) Pod względem opracowania książka Vaughana jest blisko ideału biografii- Brzeziński jako energiczny działacz publiczno-polityczny jest właśnie w tym aspekcie uchwycony. Autor unika pułapki przesadnej eksploracji wątków osobistych. Rodzina Brzezińskiego pojawia się, ale nie jest głównym obiektem zainteresowania- nie dowiadujemy się więc o kłótniach, kryzysach i temu podobnych wydarzeniach. Polski czytelnik znajdzie tu miłą odmianę w stosunku do "nurtu viva", dość popularnemu w ostatnich latach- który nie przynosi żadnych istotnych informacji, a gmatwa się między garnkiem z powidłami według babcinego przepisu a zapachem pieluch tetrowych schyłkowego PRLu.
I również dlatego warto sięgnąć po tą pozycję

sobota, 21 sierpnia 2010

Średniowiecze w wersji fast-food


Ci, którzy dali się zwieść sloganowi reklamowemu z okładki, będą srodze zawiedzeni. Osoby, które kupiły książkę ze względu na okładkę- niekoniecznie. Natomiast miłośnicy sensacyjnej powieści spiskowej- tak, oni znajdą na kartach "Ale nas zbaw ode złego" to, co lubią najbardziej. Tajne stowarzyszenia. Wielopoziomowy kamuflaż. Akcja toczy się wartko, czasami kosztem logiki zdarzeń.

Europa wieku XIII. Dostojnicy Kościoła maja dużą władzę, ale pragną jej powiększenia. Prowadzi to do sporu z władzami świeckimi. Na szczęście dla kościoła ma on wsparcie mocy nadnaturalnych. Matka Boska wskazuje miejsce ukrycia dużego skarbu, który posłuży do rozbudowy parafialnego kościółka. Cuda ukazują się tu i ówdzie. A szczególnie obfituje w nie spokojna, leżąca na uboczu galijska... to znaczy francuska osada. Cantimpre składa się z paru domów i parafialnego kościółka. Duszami opiekuje się ksiądz Abe, który jest piękny jak z obrazka i ukrywa mroczną tajemnicę. Generalnie kobiety rodzą bez bólu, niemowlęta przeżywają i nawet zaczynają zmieniać się w większe dzieci. Panuje sielanka. Nikt, prócz księdza i matki jednego z chłopców nie zna prawdziwego źródła tych anomalii...
Tymczasem w Rzymie Benedict Gui, posiadający analityczny umysł, otrzymuje zlecenie odnalezienia zaginionego żywiciela rodziny. Gdy sprawa opiera się o Lateran, rozsądek mówi bohaterowi, aby się zdematerializował. Ale bohater nie słucha, czego potem gorzko żałuje (w międzyczasie spotyka wiele ciekawych osób i przeżywa intrygujące przygody).
Córka kardynała, Ate- dowodzi Oddziałem Specjalnym Dostarczania Cudem Słynących Artefaktów. Porywa więc mroczną tajemnicę syna księdza Abe, który, co za niespodzianka, jest nowym wcieleniem Mesjasza. Mesjasze pojawiają się w każdym pokoleniu, ale patrzą na ten świat, patrzą. I dochodzą do wniosku "a, to ja pójdę sobie". Mają cudowne moce i takie tam.
Powyższe zdania mogą brzmieć bezładnie, ale właśnie w tym tkwi cały problem z powieścią Sardou. Kiedy ją czytałem, wpadłem w potoczysty rytm, ślady poczucia humoru, delikatne odniesienia do współczesnej powieści kryminalnej. A jednak spisek jest zbyt wymyślny na potrzeby powieści sensacyjnej. W dodatku rozwiązanie zagadki jest przedstawione w sposób irytująco Macleanowski "poszedłem tam i zrobiłem coś, ale nie powiem co, generalnie dzięki temu czemuś, co zrobiłem, ale nie powiem konkretnie czemu, wiem wszystko". Można więc przeczytać jako zastępstwo książki prawdziwej, taki hamburger. Niektórzy rozróżniają niuanse smaku sosu w hamburgerze. Z przykrością stwierdzam, że dla mnie liczą się tylko kalorie tego dania.