piątek, 10 kwietnia 2009

Andrew Davidson: 'Gargulec'

Gargulec
Po przeczytaniu powieści Davidsona trudno uwierzyć, że to debiut. Oczywiście, robi wrażenie czas, który poświęcił na zbieranie materiałów- zajęło mu to siedem lat. Nic jednak dziwnego, skoro prócz współczesności akcja powieści przenosi się w średniowiecze (nie potraktowane pretekstowo, Davidson przyłożył się solidnie do lektury dzieł mistyków z tamtej epoki), a- w małych fragmentach- różne miejsca i czasy. Trudno jednak zgodzić się z hasłem reklamującym "Gargulca"- "O miłości wiecznej jak czas, silniejszej niż śmierć". Tak naprawdę jest to powieść o winie, odkupieniu i ofierze. W chrześcijańskim rozumieniu- nieprzypadkowo akcja powieści rozpoczyna się od wypadku w Wielki Piątek.

Główny bohater miał trudne dzieciństwo. Ojca nie poznał nigdy. Matka zmarła przy porodzie. Z początku wychowywany przez babcię (był jej obojętny), po jej śmierci trafia pod opiekę ciotki i wuja- narkomanów przeznaczających zasiłek wychowawczy na nowe porcje narkotyku. Po ich śmierci trafia do sierocińca, sam staje się ćpunem. W chwili wypadku prowadzi dość intensywne życie- jest producentem, reżyserem i aktorem filmów pornograficznych. Wypadek, któremu ulega, całkowicie niszczy jego dotychczasowe życie. Poważnie poparzony, z operacyjnie usuniętym członkiem, zostaje poddany wielu operacjom- jego ciało jest w zasadzie wielką blizną. Ponieważ nie wyobraża sobie takiego życia, starannie planuje samobójstwo.
I w tym momencie poznaje Marianne Engel. Rzeźbiarkę tworzącą Gagulce, którym- jak twierdzi- oddaje swoje serca. Utrzymuje ona, że są parą, poślubioną sobie jeszcze w średniowieczu. Wspomina ich przeszłe życie. Bohater- ateista, kiedy dowiaduje się, że Marianne jest leczona na oddziale psychiatrycznym z początku traktuje jej powieści jako rojenia wariata. Jednak nie może sobie odmówić kontaktu z nią, coś go do niej przyciąga. Tym bardziej, że dawni przyjaciele szybko odeszli. Z początku fascynacja fizyczna (niemożliwa do urzeczywistnienia, z wiadomych przyczyn) zamienia się w coś głębszego. Coś, czego nawet narrator-bohater nie potrafi nazwać. Chociaż cały czas próbuje zracjonalizować (utrzymując chyba do samego końca przekonanie, że Marianne jest szalona), jednak owo uczucie i cała sytuacja zaczyna wymykać mu się z rąk.
Jest to swego rodzaju "dziennik drogi"- z tym że drogi duszy, myśli. Drogi do wyzwolenia- opisanego przez autora w sposób symboliczny, ale przecież prosty i zrozumiały. Bohater musi być odkupiony- wie to, chce tego Marianne. Budzi jego emocje do życia historiami wielkich i tragicznych miłości z różnych czasów i miejsc. I przypomina historię ich pięknej- acz tragicznej- miłości. Z czasem bohater podchodzi do opowieści Marianne coraz mniej sceptycznie- z jednej strony potrzebuje kontaktu z nią, ale z drugiej- rośnie fascynacja i wreszcie- głęboka miłość (której wcześniej nigdy nie zaznał). Bohater musi chcieć odkupienia. Davidson przenosi chrześcijańską wizję na poziom konkretnych jednostek. Najistotniejsza jest w tym wszystkim rola Marianne. Ale Davidson dba też o postacie drugoplanowe- służą one pomocą bohaterowi- pomocą w jego drodze.
Wina i odkupienie- tak rzadko obecne w popularnej powieści- wiążą się też z nadzieją i utratą. Davidson nie daje łatwych odpowiedzi na kwestie, które mogą nurtować czytelnika. Czy bohater w pełni świadomie przyjął odkupienie- tu odpowiedź zależy chyba wyłącznie od czytelnika. Z pewnością dla bohatera pojawiła się szansa na nowe życie.
Warto, zamiast nudnego w sumie Nabokowa- sięgnąć po dość niepozornie wyglądającą książkę Davidsona. Jest podróżą nie tylko w świat wykreowany przez autora, ale i wgłąb siebie- podróżą możliwą dla każdego czytelnika. Przyjemnie jest czytać powieść świadczącą o dużej wiedzy autora, która nie jest powodem do popisu, a pozwala konstruować skomplikowany świat.

Andrew Davidson: Gargulec, tłum.Magdalena Moltzan-Małkowska, Wydawnictwo WAB Warszawa 2009
Utworzone w programie przeglądarka Flock

czwartek, 9 kwietnia 2009

Kazimierz Kutz: 'Z mojego młyna. Felietony filmowe'

Szarości
Kutz, jaki jest, każdy widzi. Budzi emocje, często skrajne: jedni uważają go za twórcę polskiej (w zasadzie śląskiej) odpowiedzi na realizm magiczny, wybitnego artystę-wizjonera. Inni- za wulgarnego kurdupla. Niemały wpływ na drugą opinię ma z pewnością bezkompromisowość sądów reżysera. Wszak ostrość poglądów nie raz i nie dwa zrażała do niego nawet przyjaciół.

Kazimierz Kutz jest piekielnie żywotny. Jakkolwiek by o sobie nie mówił, "toczenie się" do biura poselskiego było nadzwyczaj żwawe (zaobserwowano w praktyce ze dwa razy). W nieszczęsnej biografii nawet jego żona wspomina o rosnącej (wraz z wiekiem) ruchliwości. I właśnie taka osoba, z pewnym odpowiednikiem intelektualnego ADHD jawi się z kartek dość cieniutkiego wyboru "felietonów branżowych". Napisanych w okresie 1990-1997. I zapewne z okazji 80 urodzin wydanych akurat teraz.
Podstawowa wada wynika z cechy felietonu jako medium. Czasami ciężko zdać sobie sprawę, o czym/kim pisze Kutz. Nie ułatwia sprawy brak przypisów. Z tym, że słusznie podkreśla autor, że tych wyjaśnień nie ma- część emocji już opadła, a to pod ich wpływem napisano czasami komentarz cięższy niż wymagała tego sytuacja. Fetyszyści i tak się dowiedzą, co autor miał na myśli. Nam pozostaje może trochę mniej treści... Ale za to w jakiej formie! Anegdota mówi, że Kutz zdawał do szkoły filmowej, bo- chociaż chciał zostać pisarzem- obawiał się, że Śląskość i gwarowość za bardzo będzie widoczna w tym, co napisze. Tymczasem trudna forma felietonu w wykonaniu Kutza jest popisem polszczyzny rozbuchanej, świadomej swojej plastyczności. Kutz bierze te słowa na żywioł. Kiedy coś go złości- przeklina. Kiedy jest smutny, nostalgiczny- zdania się wydłużają, metafory rozbudowują. Kiedy żartuje- zdania są krótkie, a dwuznaczności przeskakują między nimi- lekko i zupełnie naturalnie.
Tak więc obawy Kutza o własny warszat pisarski były w zasadzie bezpodstawne.
Książka jest króciutka- bo też felietonów stricte filmowych było w działalności Kutza nie tak dużo, jak innych. Chociaż z poglądami reżysera można się nie zgadzać, wypada zazdrościć czytelnikom, którzy mają dostęp do jego, nadal przecież pisanych, felietonów społeczno-politycznych.
Choćby w "Gazecie Wyborczej"

Kazimierz Kutz: Z mojego młyna. Felietony filmowe, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009
Utworzone w programie przeglądarka Flock

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Aleksandra Klich: 'Cały ten Kutz'

Kutz-okładka
Drodzy czytelnicy. Niech was tytuł nie zmyli. Nie róbcie też sobie nadziei, że charakter Kutza miał jakikolwiek wpływ na autorkę. Powstała biografia cicha i pokornego serca, z paroma pikantnymi, ale opowiedzianymi z goła nie-po-Kutzowemu anegdotami. Szczęśliwie Kutz sam do siebie ma stosunek na tyle krytyczny, że do landrynki tej biografii daleko. Ale i tak jest mdła.

Podstawową zaletą książki jest lekkość pióra. Mamy do czynienia nie z przyciężkim wołem, z ptaszyną ulotną też raczej nie. Jednak Klich uniknęła największego grzechu takich biografii- niepotrzebnego patosu, nazbyt często stawiającego osobę opisywaną na cokole. W pozycji nieco wypiętej, ażeby dupę osoby opisywanej całować można było lekko, łatwo i przyjemnie. Z czasem można jednakowoż dojść do wniosku, że to w większej mierze zasługa Kazimierza Kutza niż Aleksandry Klich. Jest nawet znamienna anegdota- wspomnienie wyjątkowo złośliwego prasowego portertu reżysera stworzonego przez niego samego. Przed żałosnym patosem chroni nas konstrukcja psychiczna bohatera, ale też jego światopogląd, wreszcie świat-widziany-jego-oczami, pełen czułej, acz ostrej ironii- tak daleki od gorzkiej wizji świata Wajdy...
Wajda: w książce widać wyraźnie zamysł autorki: krytyczno-romantycznej wizji świata Wajdy przeciwstawia wizję Kutza: człowieka wyrosłego w robotniczo-konkretnej rzeczywistości Śląska. Anegdoty z planu "Kanału"- pogrzebu romantyzmu w wersji klasycznej (ale, jak wiemy teraz, pogrzebu nieudanego- ten romantyzm wycieka to tu to tam), przez który to film Kutz, jak twierdzi, nie ma dyplomu (część filmu miała posłużyć do obrony)- otóż owo toczenie się przez Kutza z drugim operatorem i picie wódki (żeby nie zdechnąć) są otwarciem dla wyraźnego przeciwstawienia kina Kutza kinu Szkoły Polskiej. A zatem Maciek Chełmicki jest uosobieniem losu Romantyków Praktycznych (taki polski konstrukt- praktyczny romantyzm polega na efektownej, nikomu nie potrzebnej śmierci, o której przyszłe pokolenia mówią, że albo była wzniosła, a z upływem czasu- że była głupia), jest Częścią Większej Całości Straconego Pokolenia. Kutz w "Krzyżu walecznych" z pozoru nawiązuje do tradycji romantycznej. Temat jest podobny, ale chłopak powracający do własnej wymordowanej wioski ma tylko swój ból. Kutza interesuje jednostka, nie jest ona pretekstem do rozważań nad losem społecznym... W pewnym momencie mówi nawet "a co mnie moga obchodzić tradycje w zaborze rosyjskim".
I ten punkt otwiera rozważania o Śląsku- konkretniej o Śląsku Kutza. Porządek świata przedstawiony w "Soli ziemi czarnej", potem w "Perle w koronie" i "Paciorkach jednego różańca", swoisty realizm magiczny (bo wbrew tezom niektórych krytyków, w moim przekonaniu Śląsk Kutza to nie Śląsk mityczny, ale magiczny: to filmowy odpowiednik literatury Marqueza) opowiada trudną historię regionu. W tych trzech filmach widać kolejno nadzieję Śląska na Polskę, pierwsze zawody i ostateczne rozczarowanie. Rozpieprzenie Giszowca w imię chorej idei walki z niemieckimi reliktami i postawienie na terenie pięknych domków jednorodzinnych bloków z wielkiej płyty- to ostateczna przegrana tego Śląska Kutza. Nic więc dziwnego, że z czasem- zawsze krytyczny wobec martyrologicznej tradycji romantycznej, w ostatnich latach wspiera Ruch Autonomii Śląska. Polska jest zawodem- zarówno dla Śląska, jak i dla Kutza (mniej ostro, ale w podobnym tonie zamyka się "Czarny ogród").
Kutz skończył 80 lat. Podobno ma energię 40-latka, w co skłonny jestem uwierzyć, kiedy widzę go w telewizji, bez żadnej litości krytykującego oponentów politycznych. I widać, że ta troska o jednostkę (bo każdy człowiek jest wartością samą w sobie) to nie był filmowy chwyt. W jednym przypadku pożytek z biografii jest dla mnie szczególny- wyjątkowo ostra obrona Blidy wynika z historii rodzinnej Kutza. Co prawda politycznie mi i tak nie po drodze z reżyserem, ale warto jednak mieć pojęcie o źródle jego wyborów (chociaż w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że wobec osób, które polubił jest bezkrytyczny- patrz Balcerowicz).
Biografia zachowuje porządek chronologiczny, tylko czasem zaburzony niezbędnym wspomnieniem (albo szybszym zamknięciem jakiegoś tematu). Z punktu widzenia warsztatu- trudno mieć jakieś szczególne uwagi. Jest to solidnie napisana praca, nie ukrywajmy, rzemieślnicza. Zdokumentowana, osadzona wokół tez "antyromantyk" (żeby nie powiedzieć anty-Wajda; zastanawia w tym wszystkim rola często pojwiającego się Poręby, w pewnym momencie wyglądającego na Wajdę-apogeum, z "całowaniem w dupę Polski"), "Ślązak" (ale taki prawdziwy, w głębi serca). Unika kontrowersji (z umiłowaniem bufonady na czele), które Kutz zawsze- i chyba chętnie- budził. Czyli, jeśli ktoś chce, może przeczytać. Ale lepiej chyba zapoznać się z tym, co sam Kutz ma do powiedzenia, z jego twórczością literacką i filmową, wywiadami. Tam Kutz jawi się w całej swojej krasie, a nie jakiejś takiej trzebionej...

Aleksandra Klich: Cały ten Kutz. Biografia niepokorna; Wydawnictwo Znak, Kraków 2009


środa, 27 sierpnia 2008

Lluis-Anton Baulenas: 'Za worek kości'

Czerwienie
Tekst u góry okładki głosi "To nie przypadek, że porównuje się autora do Carlosa Ruiza Zafona". Oczywiście, że nie. Podobnie w Polsce można porównywać Dukaja z np. Gombrowiczem. Albo z Masłowską. I to też nie będzie przypadek, tylko głupota osoby porównującej. Ot, kolejna próba zdyskontowania popularności "Cienia wiatru". W tym kontekście nawet okładka jest nawiązaniem do powieści Zafona. Powiedzmy, cykl "Barcelona na starych fotografiach". Tyle w kwestii maretingu literackiego.

Lluis-Anton Baulenas jest autorem piszącym w języku katalońskim. Ta informacja będzie z pewnością istotna dla ściśle określonej grupy badaczy literatury: a mianowicie tych, których interesuje, za przeproszeniem, kontekst społeczny. Tymczasem czytelnik zachwycony Zafonem... ok, powiedzmy to od razu: "Cieniem wiatru" sięga po Baulentasa i... dostaje w mordę. Finezja i gra słowem czy nastrojem Zafona nie przygotowuje na rozliczne wariacje nt. "pogrążania się w gównie", "życiu w ciągłym szambie" i innych przyjemnościach, jakim poświęca się bohater powieści Baulentasa. Bohaterem jest Genezjusz (piękne i nośne imię, nieprawdaż?) Aleu, który musi wypełnić zobowiązanie ojca- a ojciec zobowiązał się pogrzebać kości swojego przyjaciela, ofiary frankistowskiego reżimu (przedstawionego tu równie karykaturalnie, jak Niemcy w np. "Stawce większej niż życie").
Akcja powieści rozpoczyna się jeszcze przed wojną domową. Biedne, ale szczęśliwe życie szybko przerywa faszystowski terror. I jego wcielenie, generał Franco, postać tyle straszna, co śmieszna (o czym świadczą bezmyślne przejawy pychy, chętnie przytaczane przez Baulentasa) jest głównym negatywnym bohaterem powieści. Solidnie obrywa się także hiszpańskiemu Kościołowi, przyklaskującemu terrorowi Franco. Oczywiście Baulentas upraszcza, ale także ten uproszczony obraz chwyta za gardło swoją brutalnością.
Narrator-bohater, czyli Genezjusz (nie mogę, naprawdę...) wspomina wydarzenia z dzieciństwa a jednocześnie relacjonuje swoje działania (to się chyba nazywa dwla plany czasowe narracji, ale mam wrażenie, że ta powieść nie należy do grupy sztandarowych przykładów na cokolwiek- tylko chciałem zaanonsować, że czaję bazę). Aż chciałoby się widzieć w nim postać wręcz romantycznie tragiczną: ukrywał się jako zwolennik reżimu w hiszpańskiej Legii. Ale Baulentas nie bawi się w finezje charakterystyki: Genezjusz jest wyjątkowo irytującym, pewnym siebie, rodzajem dupka. Nie wiem na ile świadomie autor parodiuje charakter macho. Generalnie efekty są takie, że główny bohater, motywowany w zasadzie nie wiadomo czym - bo macho jakim jest w zasadzie zdradził wszystkie ideały ojca, a jednak chce spełnić jego oczekiwania - nie wzbudza sympatii. Baulentas zajmuje się pisaniem powieści popularnej i nie przejmuje się specjalnie wiarygodnością psychologiczną. W efekcie przez parę godzin lektury mamy miotającego się głównego bohatera, którego autor ostatecznie porzuca w podwójnie nieprawdopodobnej sytuacji. Poza brutalnością opisów nie pozostaje nic po lekturze.
Tak więc porównanie do Zafona to nie przypadek. To wypadek przy pracy.

Lluis-Anton Baulentas: "Za worek kości", tłum. (z katalońskiego): Anna Sawicka, Kraków, Wydawnicwo Literackie 2008



niedziela, 10 sierpnia 2008

Torsten Krol - Callisto

Kogut z opaską na oczach (yellow ribbon?)
O autorze książki nikt nic nie wie. Jego agent podobno porozumiewa się z nim wyłącznie przy użyciu e-maila. Proza na tyle nietypowa, że doczekała się porównań zarówno do "Buszującego w zbożu", jak i "Forresta Gumpa" czy "Paragrafu 22". Z pewnością tragiczna, tym bardziej że przedstawia sytuację która jest zarówno absurdalna jak możliwa. Nieważne więc, gdzie mieszka i kim właściwie jest Krol. Historia, którą napisał chwyta za gardło i nie odpuszcza.

    Odell Deefus to postawny facet. Mógłby grać w futbol na uniwersytecie, ale "akurat wpadł w dołek psychiczny" i nie uzyskał świadectwa ukończenia szkoły średniej. Prawdę powiedziawszy jest on dosyć tępy, do czego od czasu do czasu, choć bardzo niechętnie, się przyznaje. Jako osoba niewykształcona nie ma szans na dobrze płatną pracę - za marne grosze ciężko pracuje przy elewatorze zbożowym. Praca jest na tyle niebezpieczna, że postanawia wreszcie zmienić zawód. Szczęśliwie dla niego - jak sądzi - wojsko poszukuje nowych ochotników w związku z awanturą w Iraku. A ponieważ na wojnie można zginąć, chętnych do służby jest coraz mniej, więc nawet osoby bez świadectwa szkolnego mają otwartą drogę do kariery.
Zaopatrzony w parę ubrań i butelkę alkoholu Odell wyrusza do miasteczka Callisto, aby się zaciągnąć. Klasyczny motyw - puste drogi i wiatr we włosach... do czasu, kiedy samochód odmawia posłuszeństwa.
Tak zaczynają się kłopoty Odella...
    Przede wszystkim poznaje Deana. Pozwolę sobie zdradzić, że będzie to krótka znajomość. Od chwili jej gwałtownego zakończenia następuje ciąg nieszczęśliwych przypadków. Nieświadomy niczego Odell trafia między fanatyków polityczno - religijnych, handlarzy narkotyków oraz służby specjalne walczące z terroryzmem. Ponieważ Odell jest "misiem o małym rozumku" chcąc wykaraskać się z kłopotów popada w następne. Ostatecznie, zupełnie przypadkiem (aczkolwiek w świetle "niezbitych dowodów") trafia w miejsce, w którym każą mu chodzić w pomarańczowym mundurku i smażyć się na słońcu. Wizja Guantanamo jest tyleż groteskowa co przerażająca... Ale wszystkie wydarzenia, jakie go spotykają, Odell traktuje jako obiektywne i przypadkowe. Od czasu do czasu coś rozumie, ale też nie do końca...
    Chociaż absurd obecny w powieści Krola może kojarzyć się z "Paragrafem 22", a główna postać z Forrestem Gumpem, "Callisto" ma chyba najwięcej wspólnego z "Kandydem". Deefus, chcąc nie chcąc, doświadczna na własnej skórze praw rządzących USA i światem. Jego rozumienie rzeczywistości jest mocno ograniczone, oczywiste jest dla niego, że muzułmanie są źli a Condoleeza Rice dobra, ale nie ma w tym jakiegoś głębszego namysłu. Od czasu do czasu doznaje olśnienia: kiedy wydaje mu się, że coś jest nieprawdziwe to szybko takim się okazuje.
    Bohater Krola funkcjonuje jako prawie-obcy w świecie. Za jego plecami wszyscy knują przeciw niemu (z czego nie do końca zdaje sobie sprawę), jednak on cały czas ufa innym. WIerzy w jakieś podstawowe prawa, które wszyscy wykorzystują do swoich koniunkturalnych celów: Chet i wielebny Bob traktują religię jakoś środek do osiągnięcia władzy (pełna oburzenia mowa Boba o zagrożeniu kontrolą finansową jako żywo może kojarzyć się z pewnym polskim duchownym), senator Ketchum wręcz żeruje na amerykańskim oddaniu wolności i obywatelskim swobodom, służby bezpieczeństwa wykorzystują chęć bycia bezpiecznym. Tylko prostaczek Odell szczerze chce pokonać zło w postaci muzułmanów, wierzy w siłę przyjaźni i Amerykańskie Wartości. I ostatecznie znajdzie swoje miejsce we wszechświecie, a czytelnik i tak będzie zaskoczony jego losami...
    Książka Krola jest przede wszystkim krytyką hipokryzji i pochwałą szczerości. Daleka od postmodernistycznej zabaw formą przynosi jednak pewną rozrywkę (znalezisko wśród mrożonek czy - generalnie -dialogi i monologi Odella). Warto się zapoznać, zwłaszcza że książkę po prostu dobrze się czyta.

Torsten Krol: Callisto, tłum. J.Manicki Warszawa 2008
Utworzone w programie przeglądarka Flock

sobota, 3 maja 2008

Juno

Plakat z filmu
Dzięki kreatywności amerykańskich producentów, komedia (w wersji popularnej) made in USA kojarzy się przeciętnemu widzowi z dowcipami o pierdzeniu czy seksem z szarlotką. "Intelektualnie" nastawieni krytycy mogą oczywiście wyżywać się na kolejnej części "American Pie". Ostatecznie wszyscy są szczęśliwi.
Co jakiś czas do Polski trafia komedia oparta nie tylko na pierdzeniu. Nie tak dawno gościła na ekranach naszych kin "Wpadka", podejmująca - podobnie jak "Juno" - problem niechcianej/nieoczekiwanej ciąży. Póki co nikt nie wpadł na to jaki dowcip fizjologiczny można tu wstawić, bo nudności są zbyt normalne, żeby były śmieszne...

    Główną bohaterkę filmu Reitmana jest szesnastolenia Juno (imię nadano jej na cześć jedynej żony Zeusa, czyli - jak pamiętamy - Hery: haha, dowcip), która z niejakim zdziwieniem odkrywa, że jest w ciąży. No tak, "wszystko zaczęło się od pewnego fotela", na któtym to zarówno Juno, jak i jej wymarzony biegacz Bleeker, stracili pewnego wieczoru dziewictwo. Jako że główna bohaterka nie do końca chce przyjąć oczywiste fakty do wiadomości, poznajemy ją kiedy robi kolejny test ciążowy, oczywiście pozytywny. Bleeker, jako ojciec, oczywiście zostaje poinformowany. Chociaż zabiera głos (o dziwo nie "natychmiast usuń!, ale "decyzja należy do ciebie, zaakceptuje każdą), Juno w zasadzie decyzję już podjęła. Jednak telefon a potem wizyta w klinice aborcyjnej (sfilmowanej jako pewna wersja domu wariatów) powoduje natychmiastowe jej porzucenie. Zamiast aborcji Juno postanawia oddać dziecko do adopcji. Najpierw znajduje stosowne ogłoszenie, następnie informuje rodziców (w zasadzie ojca i macochę). Tak w zasadzie rysuje się pomysł na prościutki scenariusz...
    Oddać należy jednak zarówno scenarzyście (Diablo Cody), jak i reżyserowi, że nie "spłaszczyli" tematu. Juno , co prawda, z początku wydaje się zdecydowana na aborcję. Nie robi na niej wrażenia informacja, że jej dziecko ma już paznokcie - do czasu oczywiście. Później okazuje się to główną przyczyną porzucenia pomysłu przerwania ciąży. Charakter Juno nie pozwala jednak mówić o niekonsekwencji. Bohaterka wie, że nie chce wychowywać dziecka, bo po prostu jest na nie za młoda. Rozumie znacznie więcej, niż wyraża: sama nie da dziecku takich szans, jakie miałoby w rodzinie adopcyjnej. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że nie powinna mieć z tym dzieckiem kontaktu. Własny rozsądek i wrażliwość przykrywa jednak pod z pozoru cynicznymi dowcipami. Jest osobą wyszczekaną i bezczelną, ale nie czyni nic w celu szkodzenia innym ludziom. Własne oceny zostawia tylko sobie, stara się ewentualnie przekonać do swoich racji - weźmy rozmowy z potencjalnym ojcem zastępczym, prowadzone w różnym kontekście i różnych sytuacjach.
    Dlaczego tyle piszę o Juno? Przede wszystkim ze względu na świetne oddanie charakteru tej postaci. Nie jest ona ani cheerleaderką, nie interesuje jej zaliczanie kolejnych chłopaków. Ma za sobą oczywiście inicjację, ale jej efektem jest właśnie ciąża: sytuacja nieobecna do niedawna w amerykańskim filmie popularnym. A sama Juno nie oszukuje się łatwymi rozwiązaniami - jest ostatecznie na tyle wrażliwa, że nie chce przerywać ciąży: widzi potencjalnego człowieka w "owocu miłości". I to też jest nietypowe. Ale poza świetnie zarysowaną postacią głównej bohaterki, należy oddać scenarzystce (i zapewne reżyserowi), że galeria społeczna zawiera dość interesujące postacie: weźmy ojca Juno, z dość specyficznym poczuciem humoru, czy jej macochę (chyba bliższą pasierbicy niż się widzowi z początku wydaje). Te postacie są zarysowane inaczej, niż zostaliśmy przyzwyczajeni- nie są to kukiełki w teatrzyku zdarzeń. Chociaż film jest w zasadzie komedią (ale nie "crazy" tylko "obyczajową"- humor jest ciepły i ludzki), bohaterowie każdego planu tworzą razem, w jakimś sensie, przekrój społeczeństwa.
    Nie jest to może jakieś wybitne dzieło, które przetrwa wieczność. Ale Reitman w tym, jak i w poprzednim swoim filmie pokazał, że jest wobec popkultury i związanych z nią przemian społecznych raczej "w poprzek". Nie potępia palaczy, naśmiewa się z łatwego konsumpcjonizmu i prostych rozwiązań (vide aborcja w przypadku "Juno") rozwiązań. Niezależnie od stopnia śmieszności swoich filmów zwraca uwagę przede wszystkim na problem odpowiedzialności - nie tylko za siebie. Można nieśmiało wspomnieć o pewnym konserwatywnym nurcie we współczesnej amerykańskiej kinematografii. Nie tak dawno gościł na ekranach polskich kin film "Gdzie jesteś, Amando?", w którym Affleck dość mocno wypowiadał się w obronie wartości rodzinnych. "Juno" i "Wpadka" poruszają problem odpowiedzialności w przypadku niechcianiej ciąży.
    Chociaż nie wolno mi zdradzić Wam zakończenia, powiem tylko że nie jest ono tak sztampowe, jak się będzie wam na pierwszy rzut oka wydawać. Nie w obliczu całego filmu. Miłego oglądania!

Juno
reżyseria: Jason Reitman; scenariusz: Diablo Cody; zdjęcia: Eric Steelberg, muzyka Matt Messina; występują Ellen Page (Juno), Michael Cera (Bleeker), Jennifer Garner (Vanessa Loring), Jason Bateman (Mark Loring), USA-Kanada-Węgry 2007
Stworzone w programie przeglądarka Flock

piątek, 28 marca 2008

Gdzie jesteś Amando?

Affleck spogląda w dół...
Czarny kryminał jest tak amerykański jak western czy pożądny dreszczowiec z płonącym wieżowcem w tle. I podobnie jak inne "amerykańskie" gatunki od czasu do czasu przeżywa może nie tyle renesans, ile falę ponownego zainteresowania. Mądrzy filmoznawcy skojarzyli gatunki z sytuacją społeczno-polityczną: kiedy wojna, wtedy noir, a kiedy konsumpcjonizm, wtedy gore i inne odmiany horroru. Jako że teraz mamy wojnę i konsumpcjonizm, obydwa gatunki cieszą się nową popularnością.
"Gdzie jesteś Amando" wymienianio jednym tchem z "Czarną Dalią" De Palmy. I w fazie preprodukcji poświęcano więcej uwagi temu drugiemu. Nikt nie spodziewał się, że debiutant Affleck pokaże większe wyczucie materii niż stary wyjadacz. Wypadek De Palmy szczęśliwie już zniknął z kin i pamięci fanów. Teraz - oglądajcie póki możecie! - "Gdzie jesteś Amando" objąć powinno rząd dusz miłośników kryminału...

    Pierwowzorem dla scenariusza Afflecka i Stockarda była książka Lehane'a o tym samym tytule co film. Lehane dał się poznać jako solidny rzemieślnik m.in. "Rzęką tajemnic" zrealizowaną parę lat wcześniej przez Eastwooda. Jeśli ktoś czytał książkę i oglądał film, zwróci uwagę na fakt, że mimo niezgodności pewnych wydarzeń, ostateczne rozwiązanie jest zbliżone, jeśli nie takie samo, jak w książce. Inaczej jednak niż w przypadku adaptacji Harry'ego Pottera nie oznacza to, że scanarzysta i reżyser nie mieli wpływu na akcję. Bo chociaż powieść Lehane'a jest kryminałem, postmodernizm upłynnił jednak granice między dobrem i złem, między tym co słuszne i nie. W filmie te granice zarysowano od nowa, w zasadzie wszystkie relacje między postaciami budowane są na zasadzie antagonizmów: nawet para głównych bohaterów, prywatnych detektywów i życiowych partnerów stanie w pewnym momencie "po dwóch stronach barykady".
    Początek akcji jest banalny: oto ginie małe dziecko. Matka jest ćpunką i raczej traktuje córkę (tytułową Amandę) jak pewien rodzaj dopustu Bożego. Dziecko przydaje się od czasu do czasu, zwłaszcza kiedy podczas szmuglowania towaru można dzięki niej udawać rodzinę. Małe, śliczne i bezkonfliktowe dzieciątko nie rzuca się w oczy na tyle, żeby np. pamiętać o nim w upalny dzień i nie zostawić w nagrzanym jak piec samochodzie. Matka jawi się nam więc jako osoba egoistyczna i po prostu zła. Nie życzymy jej dobrze. Co innego wuj i ciotka zaginionej: to właśnie oni wynajmują Patricka (Affleck) i Angie (Monaghan). Kiedy para detektywów zaczyna poszukiwania na własną rękę do akcji wchodzi bohater ostatni, kto wie czy nie najważniejszy: Dorchester, podejrzana dzielnica Bostonu.
    Afflecka-reżysera interesuje nie tylko odtworzenie poplątanych ludzkich losów mieszkańców dzielnicy. Jeśli ktoś mieszkał w Dorchester - jak Patrick - zdaje sobie sprawę, że relacje międzyludzkie oparte są tu, z jednej strony, na prawie lojalności, z drugiej - na poleganiu wyłącznie na sobie. Zaskakujący jest altruizm ciotki Amandy, w znakomitej kreacji Madigan (nominacja do Oskara): mimo całej niechęci do szwagierki (Ryan) chce jej pomóc. Matka ma, jak się wydaje, inne problemy, a już na pewno nie chce sobie zabierać czasu poszukiwaniami dziecka. Te wszystkie niuanse aktorzy, dobrze kierowani przez Bena Afflecka wygrywają. Jednak poza pytaniem co może czekać zaginione dziecko (ze wstrząsającym obrazem pedofilii w jednym z pobocznych wątków) podstawową kwestią poruszoną w filmie jest odwieczne pytanie o to, co jest dobre, a co nie. Podobnie jak w rasowym filmie noir, prowadzący drobne śledztwo detektywi wpadają na trop wielkiej podłości.
    "Prawo moralne we mnie": no właśnie. Każdy wierzy, że postępuje słusznie i ma pełne prawo do zrobienia tego, co zrobił. Patrick ma proste zasady i wie jak być powinno, Angie myśli że jednak tutaj można zrobić to inaczej: Właśnie kwestia moralna staje się przyczyną konfliktu między głównymi bohaterami: kwestia postawiona w pewnym momencie na ostrzu noża. I podobnie jak w kinie noir Patrick zostanie sam przeciw wszystkim, wcale nieprzekonany do słuszności swoich decyzji, otoczony przez wilki przebrane za owieczki. Jak należy postępować wie każdy. Każdy postępuje dobrze - skąd zatem bierze się konflikt między ludźmi prawymi? Wydaje się, że z wyobrażenia dobra: każdy ma taką wizję, jaką chciałby uszczęśliwiać cały świat. A że wizje są jak opinie (a te jak, sami wiecie, co) w filmie Dorchester staje się prześwietlonym ostrym słońcem przedsionkiem piekła: ludzie ludziom zgotowali ten los... Dusząca atmosfera wywołana jest przez Afflecka nie tyle środkami wizualnymi (nie ma półmroku: jest tylko światło i ciemność), ile samą tematyką i uczuciem osamotnienia, które towarzyszy od pierwszych chwil filmu:najpierw sama jest Amanda, potem każdy z bohaterów, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych, wskutek "pęknięcia wewnątrz" zostaje sam. Podział na dobrych i złych nie jest tutaj do końca uprawniony: są sami dobrzy, przynajmniej w swojej ocenie.
    Instynkt kina niewątpliwie Ben Affleck posiada. Dlatego ten film nie pozostanie chyba wyłącznie sezonową ciekawostką. Oglądajcie póki jest w kinach! (7.5/10)

Gone baby gone
Reżyseria:
Ben Affleck; Scenariusz: Ben Affleck, Aaron Stockard; Zdjęcia: John Toll; Muzyka: Harry Gregson-Williams; Występują: Casey Affleck (Patrick Kenzie), Michelle Monaghan (Angie Gennaro); Morgan Freeman (Capt. Jack Doyle),Ed Harris (Det. Remy Bressant), John Ashton (Det. Nick Poole), Amy Ryan (Helene McCready), Amy Madigan (Beatrice 'Bea' McCready), Titus Welliver (Lionel McCready), Madeline O'Brien (Amanda McCready); USA 2007
Stworzone w programie przeglądarka Flock

piątek, 21 marca 2008

Gabriel Garcia Marquez - 'Kronika zapowiedzianej śmierci'

OkładkaAmeryka Południowa. Kiepskie seriale, świetna kawa i bardzo dobra literatura. Zapewne istnieją lokalne odmiany Grocholi, jednak żadna z nich nie zdobyła takiej popularności, jak w zupełnie inny sposób piszący Marquez czy Cortazar. Literatura iberoamerykańska, zwłaszcza ta część, którą szumnie nazywa się realizmem magicznym, to kawał gęstej, spływającej od emocji i żądz prozy. 'Kronika zapowiedzianej śmierci' wprowadza do tego wszystkiego iście Kafkowski nastrój.

    Santiago zginie. Dowiadujemy się o tym od razu. Ostatecznie w jego śmierci nie ma nic zaskakującego - ale to właśnie jest siłą krótkiej powieści Marqueza.  Oprócz tego że wie o tym narrator, wiemy my, wiedzą też wszyscy w powieści. Oprócz samego zainteresowanego. Santiago nie zostaje ostrzeżony o dybiącym na niego niebezpieczeństwie, bo wydaje się ono buńczuczną zapowiedzią w stylu machismo, ale też dlatego że wszyscy wiedzący zakładają, że przyszła ofiara też już o tym słyszała.
    Fabuła, na pierwszy rzut oka, przypomina obiecujący start dla milionodcinkowej telenoweli. Oto wydawana za mąż dziewczyna nie jest dziewicą, więc - jak towar - zostaje zwrócona rodzinie. Po krótkim i intensywnym przepytywaniu wskazuje sprawcę, czyli właśnie Santiago. Bracia poprzysięgają zemstę, mającą zmyć plamy na honorze. Informują o tym wszystkich: zainteresowanych i niezainteresowanych. Wygląda na to, że mają nadzieję, że ktoś ich powstrzyma. Tak się jednak nie dzieje, bo nikt nie traktuje ich poważnie. Chociaż zbrodnie w obronie honoru powoli odchodzą do lamusa, są przez ignorujących przyszłych zabójców, traktowane jak najzupełniej poważnie: taka jest po prostu rzeczywistość - ktoś zawinił, zatem musi zginąć.
    Powieść wygląda w zasadzie na przygotowaną z myślą o filmie. Konstrukcja nieprzypadkowo zapewne nasuwa skojarzenie z "Obywatelem Kane'm", czy - nieco mniej - z "Rashomonem". Kilka osób wspomina z pewnymi emocjami wydarzenia. Sam narrator też brał w nich udział, ale nie do końca wiadomo kim jest - cały czas stoi niejako z boku, choć też był poinformowany o zamiarch zabójców. Od czasu do czasu - zgodnie z formułą mówioną raczej, niż pisaną - polemizuje z pewnymi, poza tekstem postawionymi, pytaniami i tezami. Jest w tym pewne echo strumienia świadomości: ściślej - myślenia ukierunkowanego na narrację. Dlatego zapewne po pewnym czasie od przeczytania nie można być już do końca pewnym, co jest faktami, a co interpretacjami narratora. Wydaje się, że uważa on Santiago za niewinną ofiarę, którą wskazała dziewczyna, aby nie wpędzić w tarapaty prawdziwego sprawcy jej nieszczęścia. Chociaż zbrodnie w obronie honoru poddane są pewnej krytyce w książce, widać dużą dozę sympatii wobec "postawy macho". Ostatecznie bardziej winna jest dziewczyna (na pewno kłamała), niż mężczyzna, który ją rozdziewiczył (mimo wątpliwości narratora trudno nie zauważyć stanowczości dziewczyny w tym temacie).
    Inny to Marquez, mniej sentymentalny (żeby nie napisać- mniejsza pierdoła z niego) niż w bardziej znanych powieściach. Jak wspomniałem we wstępie - można "Kronikę zapowiedzianej śmierci" czytać w formie korespondencji z "Procesem". To również historia efektów nieporozumienia. Aby gwiazdkowej sprawiedliwości stało się zadość: 6.5/10

Gabriel Garcia Marquez: Kronika zapowiedzianej śmierci. Warszawa 2004
Stworzone w programie przeglądarka Flock

niedziela, 23 grudnia 2007

Nigdy nie będę twoja

Plakat
Kiedy na ekranie pojawia się Michelle Pfeiffer, pierwszą myślą jaka nachodzi przeciętnego faceta, jest "jej, jaka ona ładna, urocza, cholera". Kalendarz jednak nieubłaganie wskazuje, że aktorka zbliża się do pięćdziesiątki, co jest "tchnieniem obucha", jak ktoś trafnie nazwał otrzeźwiające zaskoczenie. W filmie Heckerling, wedle hollywoodzkiej logiki, Pfeiffer wciela się w postać czterdziestoparolatki. Ot, kobieta po przejściach, z dzieckiem w wieku dojrzewania i z byłym mężem w wieku drugiej młodości.

Film jest komedią romantyczną z całym dobrodziejstwem inwentarza tego gatunku. Ale są komedie romantyczne i komedie romantyczne z Meg Ryan. Szczęśliwie fabuła Heckerling daleka jest od Ryanowatości. Zaczyna się również dość nietypowo: oto Matka Natura uskarża się na pokolenie babyboomersów powojennych, którzy- mając zapewnioną wygodę życia i wszelkie dobra, okazali się rozpieszczeni przez życie do granic możliwości. Matka Natura opiera się ideałom pokolenia '68 nie próbując zachować idealnej linii i głosząc niepopularne, wręcz niepoprawne politycznie tezy (np. tą o niezbędności wojny jako miejsca, w którym mężczyźni dają upust swojej agresji). Tym niemniej trudno traktować ją poważnie: jest do bólu konserwatywna, zakłada bowiem że przemijanie życia jest niezbędne. No a poza tym- żeby podkreślić swoją niezależność od nienaturalnego popędu do wiecznej młodości, uzyskiwanej rozmaitymi sposobami, wcina chipsy i inne chemiczne świństwa. Przypomina przy tym wszystkim nieco szajbniętą hippiskę, ale w końcu jest swego rodzaju "zmyśloną przyjaciółką" głównej bohaterki- Rosie.
    Rosie (Pfeiffer) jest ryczącą czterdziestką. Od razu powiem, że ten wiek świadczyłby o urodzinach w latach sześćdziesiątych, co z kolei prowadzi do konkluzji, że hippiesi mogli co najwyżej pchać wózek głównej bohaterki. Widocznie opowiedzenie historii miłosnej ludzi po pięćdziesiątce nie mieści się w głowie producentom tego filmu, ale jest nadzieja, że popełnią takie dzieło za lat dziesięć, bo chyba sami są w wieku Rosie. Która, nota bene, jest producentką (a właściwie spiritus movens) popularnego serialu o nastolatkach. Takiego typowego amerykańskiego, aktorzy są blisko trzydziestoletni. Ale dzięki charakteryzatorni dobrze się prezentują.
    Pogoń za młodością - w różnym stopniu przerysowana (najbardziej w przypadku męża Rosie) jest w filmie wszechobecna. Chociaż asystentka głównej bohaterki uważa ją za chodzącego trupa, Rosie ma się świetnie (no i wygląda jak Michelle Pfeiffer). Jednak żyje poniekąd w świecie zabaw dziecięcych, prowadzonych z dorastająca córką. Wszystko dość schematycznie i w sposób przesłodzony przedstawione. Znów mnie zastanowił fakt, jakim sposobem przy całej niemożliwości sytuacji dialogi są lekkie i jakże inne od szkoły polskiej, często szeleszczącej dawnym literackim stylem.
    A potem jest jak w zapowiedzi: "matka i córka przeżywają miłość. Jedna po raz pierwszy, druga kolejny raz". Wiadomo, że wszystko skończy się miło i szczęśliwie. Słodkie, lekkie ciastko z kremem w letni dzień w wersji filmowej. Film ten ani nie zmusza do refleksji (trudno potraktować podstarzałą wariatkę, Matkę Naturę), ani z nikogo nie szydzi, ironia jest mocno stępiona. Jest poprawnym do bólu komercyjnym wytworem. Dziwne aż, że alterglobalistyczna dusza nie wyła ku niebu... Ale Pfeiffer... hmm...

I could never be your woman; Reżyseria i scenariusz: Amy Heckerling. Występują: Michele Pfeiffer, Paul Rudd, Brittany Benson, Sarah Alexander i in. USA 2007

Stworzone w programie Flock

niedziela, 25 listopada 2007

300

Trzystu:film na podstwie komiksu Millera
Bitwa pod Termopilami działała zawsze na wyobraźnię. Ja sam, ucząc się jeszcze historii, byłem pod wrażeniem faktów, które brzmiały przecież jak legenda. Dowodzone przez Leonidasa wojsko (w ostatnim etapie, inaczej jednak niż w filmie- ok. 1300 ludzi) miało przeciw sobie znacznie silniejszą armię Kserksesa. I dzielnie stawiało czoła, wykorzystując, za przeproszeniem, warunki fizyczne: wąski przesmyk Termopil.

    Spartiaci od małego byli szkoleni militarnie. Oczywiście, nie wszyscy byli szkoleni, niektórzy od razu lądowali w pewnym wąwozie. Zdrowie noworodka miało znaczącą rolę dla jego przeżycia. Od samego początku twarde spartańskie prawo zapewniało sobie dopływ zdrowego materiału na żołnierzy. Także kobiety musiały być zdrowe (w myśl zasady, że poród nie jest czynnością filozoficzną). A więc Sparta była miejscem, które w dzisiejszych czasach nawiedziłaby misja pokojowa ONZ i natychmiast przystąpiła do likwidacji całego tła kulturowego.
    Miejsce kipiące od agresji i testosteronu zapisało się w historii nie tylko wojskowym talentem mieszkańców- wiadomo nie od dziś, że spartańskie społeczeństwo było dalekie od jakichkolwiek idei równości: była to silna monarchia. I pewnie- gdyby nie Termopile- byłaby poddawana wyłącznie krytyce (wyróżniała się na niekorzyść na tle innych miast greckich). Zresztą część historyków skrytykowała film Snydera za idealizację Sparty. A przecież w Persji było tak cudownie: Touraj Daryaee (historyk) stwierdził nawet, że Persja to był powiew cywilizacji, zatrudniano wszystkich bez względu na pochodzenie itd. Problem jest tylko taki, że żaden kraj, nawet totalitarny, nie bierze pod uwagę swojego zacofania kulturowego wobec najeźdźcy, tylko się broni- bo lepsze złe prawo, ale własne.
    Tym niemniej warto zauważyć, że Snyder nie przeniósł na ekran epizodu historycznego, tylko komiks Franka Millera. Przede wszystkim widać to w sferze wizualnej. Już Rodriguez udowodnił, że komiks Millera należy traktować jako gotowy storyboard. Snyder, idąc tym tropem, ożywia po prostu obrazy (Miller przyznał w wywiadzie, że rozpieszczony "Sin city" spodziewał się czegoś znacznie gorszego, ale został zaskoczony). Komiks jest owocem długiej fascynacji historycznym wydarzeniem, jest zapisem przetworzonych przez Millera faktów i legend. Jasna zapowiedź późniejszej strategii Leonidasa, widoczna w przerysowanej: rzec by można ekspresjonistycznej scenie obrony młodego-przyszłego-króla-Sparty przed wilkiem z jednej strony pokazuje wręcz chłopiecą fascynację Millera, z drugiej- kto wie czy przypadkowo- w jakiś sposób jest wierna psychologicznie: tak mógł wyglądać wilk w oczach zmarzniętego dzieciaka. Także scena "spartańskiego szaleństwa" pokazuje miły polskiemu sercu sposób myślenia. Z tym, że Spartiaci mieli pewne warunki, a w kraju nad Wisłą "ja z synowcem na czele i JAKOŚ TO BĘDZIE". Wyzwanie rzucone przeciwnikowi, po wielokroć przecież silniejszemu, to właściwe zwieńczenie drogi Leonidasa. Jego pobudki są jasne: bronić się, a kiedy trzeba- zginąć.
    "300" jest obrazkowym zapisem pewnego, chłopięcego mitu. Dlatego wszyscy bohaterowie są zbudowani wokół jednej cechy. Spartańskiemu "męstwu" przeciwstawione jest perskie "tchórzostwo". Męskiemu wojennemu wysiłkowi- magiczne sztuczki. Walczącemu w pierwszym rzędzie Leonidasowi- Kserkses ukrywający się za swoją armią. Koniec końców, wbrew dumnym zapowiedziom perskiego króla, Leonidas pozostał w historii. Gdyby nie obrona Termopil, kto wie, w jakim języku byśmy teraz rozmawiali i o czym.
    Snyder jest reżyserem teledysków: widać to przede wszystkim w montażu, ale też w pewnej "niecierpliwości fabuły": dialogi są bardzo schematyczne, wszystko podporządkowane jest akcji. Czasami gwałtowny montaż działa trochę destrukcyjnie, scena miłosna między Leonidasem a Gorgo staje się gwałtowna i agresywna. Inaczej w scenach bitwy- montaż podkreśla wojenny chaos działań Persów i porządek wojsk Leonidasa. W sferze wizualnej warto zwrócić uwagę na- przeniesione z komiksu- obrazowanie postaci: zdrajca jest pokurczem, Kserkses- olbrzymem. Z kolei wojska perskie to taki kipiący kocioł barwnych, ale przecież byle jakich, na tle posągowych Spartiatów, żołnierzy.
    Zatem- chociaż, jak zapewnia Snyder, film 90% oparty jest na prawdziwych wydarzeniach- nie należy traktować go jako widowiska historycznego. Jest to po prostu solidnie zrobiony, nowocześnie udźwiękowiony- soundtrack jest bardziej rockowy niż inne tego typu- film o lojalności, poczuciu obowiązku i przyjaźni. Można oczywiście mówić, że schematyczny- ale czyż mity nie są schematyczne?   f

300, Reżyseria: Zack Snyder; Scenariusz: Frank Miller, Michael Gordon, Kurt Johnstad,Zack Snyder; Muzyka: Tyler Bates; Zdjęcia: Larry Fong; Występują: Gerard Butler (Król Leonidas), Lena Headey (Królowa Gorgo), David Wenham (Dilios), Dominic West (Theron), Vincent Regan (Kapitan), Michael Fassbender (Stelios), Rodrigo Santoro (Kserkses)

Stworzone w programie Flock