sobota, 21 sierpnia 2010

Średniowiecze w wersji fast-food


Ci, którzy dali się zwieść sloganowi reklamowemu z okładki, będą srodze zawiedzeni. Osoby, które kupiły książkę ze względu na okładkę- niekoniecznie. Natomiast miłośnicy sensacyjnej powieści spiskowej- tak, oni znajdą na kartach "Ale nas zbaw ode złego" to, co lubią najbardziej. Tajne stowarzyszenia. Wielopoziomowy kamuflaż. Akcja toczy się wartko, czasami kosztem logiki zdarzeń.

Europa wieku XIII. Dostojnicy Kościoła maja dużą władzę, ale pragną jej powiększenia. Prowadzi to do sporu z władzami świeckimi. Na szczęście dla kościoła ma on wsparcie mocy nadnaturalnych. Matka Boska wskazuje miejsce ukrycia dużego skarbu, który posłuży do rozbudowy parafialnego kościółka. Cuda ukazują się tu i ówdzie. A szczególnie obfituje w nie spokojna, leżąca na uboczu galijska... to znaczy francuska osada. Cantimpre składa się z paru domów i parafialnego kościółka. Duszami opiekuje się ksiądz Abe, który jest piękny jak z obrazka i ukrywa mroczną tajemnicę. Generalnie kobiety rodzą bez bólu, niemowlęta przeżywają i nawet zaczynają zmieniać się w większe dzieci. Panuje sielanka. Nikt, prócz księdza i matki jednego z chłopców nie zna prawdziwego źródła tych anomalii...
Tymczasem w Rzymie Benedict Gui, posiadający analityczny umysł, otrzymuje zlecenie odnalezienia zaginionego żywiciela rodziny. Gdy sprawa opiera się o Lateran, rozsądek mówi bohaterowi, aby się zdematerializował. Ale bohater nie słucha, czego potem gorzko żałuje (w międzyczasie spotyka wiele ciekawych osób i przeżywa intrygujące przygody).
Córka kardynała, Ate- dowodzi Oddziałem Specjalnym Dostarczania Cudem Słynących Artefaktów. Porywa więc mroczną tajemnicę syna księdza Abe, który, co za niespodzianka, jest nowym wcieleniem Mesjasza. Mesjasze pojawiają się w każdym pokoleniu, ale patrzą na ten świat, patrzą. I dochodzą do wniosku "a, to ja pójdę sobie". Mają cudowne moce i takie tam.
Powyższe zdania mogą brzmieć bezładnie, ale właśnie w tym tkwi cały problem z powieścią Sardou. Kiedy ją czytałem, wpadłem w potoczysty rytm, ślady poczucia humoru, delikatne odniesienia do współczesnej powieści kryminalnej. A jednak spisek jest zbyt wymyślny na potrzeby powieści sensacyjnej. W dodatku rozwiązanie zagadki jest przedstawione w sposób irytująco Macleanowski "poszedłem tam i zrobiłem coś, ale nie powiem co, generalnie dzięki temu czemuś, co zrobiłem, ale nie powiem konkretnie czemu, wiem wszystko". Można więc przeczytać jako zastępstwo książki prawdziwej, taki hamburger. Niektórzy rozróżniają niuanse smaku sosu w hamburgerze. Z przykrością stwierdzam, że dla mnie liczą się tylko kalorie tego dania.